Historia penicyliny

„Spójrz tylko — powiedział do Todda. — To bardzo ciekawe, lubię takie rzeczy, mogą się okazać ważne.“ I wtedy to Todd, spojrzawszy, ujrzał pleśń penicyliny na powierzchni naczynia, wokół zaś zanikające zarazki. W innych częściach naczynia te same zarazki rozpościerały się w pełnym rozkwicie, jakby zadowolne z przestrzeni dzielącej je od grzybka, który okazał się zgubny dla innych członków ich rodziny.

Fleming był tak podniecony, jak to tylko Szkot potrafi. Przeniósł zarodniki czy też nasienia grzybka na specjalną płytkę i hodował je w temperaturze pokojowej przez cztery czy pięć dni. Następnie zaś ulokował wokół pleśni w kształcie gwiazdy najróżniejsze bakterie, tak iż wyglądały one jak promienie wokół słońca. Po pewnym czasie okazało się, że zarazki tyfusu i influency sięgały do samej pleśni, zarazki natomiast dyfterytu, rzeżączki, zapalenia płuc oraz gronkowców i paciorkowców, tych najpospolitszych przyczyn naszych chorób — zanikały w pobliżu penicyliny.

Tak prosty był początek odkrycia własności penicyliny, który zawdzięczamy przypadkowi i przenikliwości badacza. A trzeba wiedzieć, że jest co najmniej 650 rodzajów pleśni, zakwalifikowanych do rodziny Penicylli, każdy zaś rodzaj rozpada się na liczne gatunki, których jest w sumie wiele tysięcy; tylko niektóre z tych gatunków mają zdolność produkowania penicyliny, tak że szansa była jedna na milion, aby właśnie taki zarodek trafił na płytkę Fleminga. Należy też podkreślić, że zarodek pleśni, który wpadłszy przez okno, ulokował się na płytce w momencie, gdy Fleming zdjął przykrywkę dla zbadania zawartości, okazał się dostatecznie silny, by wyprodukować dosyć penicyliny dla zwrócenia uwagi badacza. Bardzo dużo aktywnych gatunków wytwarza tak małą ilość penicyliny, że nawet gdyby ich zarodek upadł na naczynie doświadczalne, nie dałby wyników dostrzegalnych. Z tych to powodów niejeden skłonny jest pomniejszyć zasługę Fleminga.

Obecnie Fleming poświęcił wszystkie swe zdolności badaniom nad penicyliną. Obserwował pierwsze kultury grzybni, która w miarę rozrastania się tworzyła w środku włochatą masę niebiesko-zielonego koloru. Potem przyszła kolej na doświadczenia. Fleming odkrył po pierwsze, że penicylina traci swą wartość, jeżeli trzymana jest choćby przez godzinę w wysokiej temperaturze, następnie czynił wysiłki by oddzielić penicylinę od pożywki, na której rosła.

Stwierdził, że rozpuszcza się w czystym spirytusie, lecz nie w chloroformie ani w eterze (zapamiętajmy to sobie, ponieważ później jeszcze do tego wrócimy). Zbadał, czy penicylina ma ujemny wpływ na białe ciałka krwi: była to pierwsza nieskomplikowana próba, lecz dała zadziwiające rezultaty. Podczas gdy inne antyseptyki, które Fleming wypróbował, były zawsze w pewnym stopniu szkodliwe dla białych ciałek krwi i przez to, zwalczając zarazki, zmniejszały zarazem ogólną odporność organizmu przeciw chorobom, to penicylina była zupełnie pozbawiona tego szkodliwego wpływu. Wreszcie wstrzyknięto lek królikowi i myszy, by zobaczyć, czy nie zatruwa organizmu. Ta dalsza próba dowiodła, że penicylina jest środkiem nieszkodliwym.

Była jednak trudność, której nie można było pokonać, a stanowiła ją nietrwałość penicyliny; niszczyła ją podwyższona temperatura, niszczyły niektóre bakterie i alkalia. Czasem zdawało się. że wprost rozpływa się w powietrzu.

W maju 1929 roku Fleming przedstawił pismu „The British Journal of Experimental Pathology“ swój artykuł opisujący doświadczenie; w czerwcu publikował go. Był to ściśle naukowy elaborat, wyjaśniający, że nazwa „penicylina“ określa przefiltrowaną pożywkę na której wyhodowano pleśń. Teraz wiemy, że preparat ten nie był bardziej podobny do czystej penicyliny, wyprodukowanej przez naukowców po długich latach ciężkiej pracy, niż kruszec złota podobny jest do czystego złota. Filtrat zawierał jedynie ślad penicyliny, zmieszany z ogromną ilością bezwartościowej cieczy. W dziesięciu punktach swego końcowego streszczenia Fleming pisał: „Penicylina; nawet w dużych ilościach nie jest trująca dla zwierząt i nie drażni organizmu… Należy przypuszczać, że może stanowić skuteczny antyseptyk, używany bądź zewnętrznie, bądź też wstrzykiwany w miejsce zarażone czułymi na penicylinę bakteriami. Przepowiednia była słuszna, jednakże Fleming nie mógł jej zrealizować i aż do roku 1940 uważał produkcję penicyliny za praktycznie niewykonalną. Uznawał ją jedynie za środek antyseptyczny, podczas gdy w rzeczywistości była czymś znacznie więcej; jednym z tych cudownych balsamów, których uczeni zawsze poszukują.

Fleming zapytany raz, czemu przypisać należy, że będąc tak bliskim powodzenia nie dał jednak światu penicyliny jako praktycznego środka leczniczego — powiedział, że końcowe stadia doświadczeń mogły być opracowane jedynie przez biochemika. Ja zaś jestem bakteriologiem, nie chemikiem. A że nie mieliśmy w szpitalu St. Mary żadnego chemika, więc też nie mogłem dalej prowadzić badań. Stosunek personelu szpitalnego do odkrycia Fleminga, być może, najlepiej określają słowa dra Todda, jego kolegi z laboratorium, który wspomina, że „wszyscy znudzili się trochę jego ciągłym opowiadaniem o doświadczeniu”. Uważali, że je wyolbrzymia i że jest to po prostu jego ulubiony „konik“, którego zajeżdża na śmierć.

Tak więc, przez lata całe zarodki penicyliny były utrzymywane przy życiu w szpitalu St. Mary i w Lister Institute, podczas gdy wokół ludzie cierpieli i umierali, nieświadomi dobrodziejstw, ukrytych w niepozornej pleśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *