Kość śródszczękowa u zwierząt i ludzi

Ja jednak upierałem się przy własnych zasadach i metodzie, usiłując wykorzystać bez żadnej różnicy, wszelkie wiadomości, które tak łatwo zdobyć przy podziale i różnicowaniu, jeśli tylko nie posuwamy się zbyt daleko i umiemy we właściwym czasie powiązać je ze sobą. Metoda naszych pradziadów, którą znajdujemy u Galena i Vesale‘a, nie mogła tu być brana pod uwagę: jeśli bowiem traktujemy części kości tak, jak się one przypadkowo ze sobą łączą lub też od siebie oddzielają, rozmyślnie jako całość i części tych większych mas jedynie przy pomocy ponumerowania ich rozróżniamy, któż będzie mógł w tym znaleźć choć odrobinę korzyści dla swego umysłu? Jakaż mogłaby z tego wyniknąć orientacja? Od tej niedojrzałej metody odstąpiono wprawdzie z czasem, lecz porzucono ją nie umyślnie, nie dla zasady; dlatego też często jeszcze łączono ze sobą fragmenty, które wprawdzie, sąsiadując ze sobą, były zrośnięte, lecz nie stanowiły jednej i tej samej części, ba, z dziwacznym uporem wiązano ze sobą na nowo nawet te, które czas, dopuszczający przecie wszelkie rozumne połączenia, rozdzielił.

Ponieważ miałem porównać części organiczne z natury swej wewnętrznie jednakowe, na zewnątrz jednak całkowicie różne, kierowałem się jedną myślą: należy dążyć do zbadania przeznaczenia każdej części z osobna oraz jej stosunku do całości, uznać własne prawa każdej poszczególnej części, mając jednocześnie na oku jej wpływ na resztę, wskutek czego musiałyby się w końcu objawić wszystkie konieczne, pożyteczne i celowe właściwości żyjącego tworu.

Przypominam tu liczne trudności, na jakie narażone było swego czasu demonstrowanie ludzkiej kości klinowej, jak trudno było uchwycić jej właściwy kształt, jak niełatwo zachować w pamięci właściwą terminologię; skoro jednak przekonano się, że kość ta składa się z dwóch niewiele tylko od siebie różniących się części, wszystko się uprościło i jednocześnie ożywiła się całość.

Podobnie przedstawiała się sprawa z wyobrażeniem najbardziej skomplikowanych narządów słuchowych, które należało opisać wraz z ich otoczeniem; mniemano wówczas, że należy przeprowadzić pewien podział, którego zresztą u zwierząt z łatwością dało się dokonać; wtedy zaś ujrzano, że te części, które dotychczas uważano za skonsolidowane i w jedno stopione, rozpadają się na trzy różne fragmenty, które oddzielić od siebie należy i które zresztą istotnie często od siebie odseparowane były.

Szczękę dolną rozpatrywałem wyodrębniwszy ją całkowicie z czaszki, jako należącą do organów pomocniczych, dlatego też stawiałem ją na równi z rękami czy nogami. Jednak, mimo że już u ssaków zdawała się ona składać jedynie z dwóch części, sam jej kształt, dziwne wygięcie, jej połączenie z górną częścią czaszki, wyrastające z niej zęby — nasuwały przypuszczenie, że i tu będzie można znaleźć pewien kompleks poszczególnych kości, które, zrośnięte ze sobą, składają się na ów dziwny twór, działający niby cudowny mechanizm. Przypuszczenie to potwierdziło się przy rozpatrywaniu kości młodego krokodyla, przy czym okazało się, że każda strona składa się z pięciu, jedna na drugą nasuniętych części kostnych, czyli całość złożona jest z dziesięciu części. Pouczającym i przyjemnym zajęciem było dociekanie śladów tych podziałów również u ssaków, wyrysowywanie ich na poszczególnych szczękach z zewnątrz i od wewnątrz i przedstawianie wymownie zmysłom tego, co przedtem wyobraźnia zaledwie określić i zapamiętać była w stanie.

Tak więc wyrabiałem sobie coraz bardziej swobodny pogląd na sprawy natury i coraz bardziej zdolny byłem szczerze i radośnie brać udział w każdym uczciwym wysiłku w tej dziedzinie. Stopniowo i w tych rejonach ludzkiej działalności podniosłem swój punkt widzenia i oceny metod zarówno naukowych jak i etycznych.

W ten sposób wiele zużyłem czasu, aż w 1795 r. bracia Humboldt, którzy nieraz już, niby gwiazdozbiór Bliźniąt, oświetlali drogę mego życia, upodobali sobie dłuższy pobyt w Jenie. Przy tej okazji wypłynęły mi na usta sprawy, których pełne było serce, i tak często, z takim naciskiem poruszałem moją kwestię, iż w końcu niemal ze zniecierpliwieniem zażądano, abym na piśmie ujął to, co mi się w umyśle i pamięci tak żywo przedstawia. Na szczęście znalazł się tam o tymże czasie mój młody, tym właśnie studiom wielce przychylny przyjaciel, Maksymilian Jacobi, któremu bez przygotowania podyktowałem niniejszą rozprawkę, niemal w obecnym jej układzie, i tę metodę, z nieznacznymi tylko odchyleniami, jako zasadę moich studiów już zachowałem, mimo że mogłem ją przecie stopniowo rozmaicie zmodyfikować. Trzy pierwsze rozdziały, które obecnie włączyłem tu jako szkic, napisałem wówczas obszerniej. I to opracowanie należałoby może opublikować w dalszym ciągu niniejszej rozprawy, choćby bowiem większość zagadnień była dziś już dla znawców zbyteczna, należy wziąć pod uwagę, że istnieją zawsze młodsi adepci, dla których nawet stare początki zawsze są jeszcze nowe.