Kość śródszczękowa u zwierząt i ludzi

Zwracamy się teraz ku zagadnieniu, które, gdyby o nim decydować należało, miałoby wielki wpływ na wszystko, co już poprzednio zostało powiedziane. Ponieważ bowiem tylekroć była tu mowa o ukształtowaniu i przekształceniu, powstaje pytanie, czy istotnie można i należy jeszcze wywodzić kości czaszki z kręgów i uznawać ich pierwotny kształt, nie biorąc pod uwagę ich tak wielkich i decydujących przemian? Tu przyznaję otwarcie, że od trzydziestu lat przekonany jestem o tym tajemnym pokrewieństwie, stale też rozważałem to zagadnienie. Jednak tego rodzaju aperçu, takie twierdzenie, ujęcie, przedstawienie czy idea — jakkolwiek ją nazwiemy — zachowa zawsze, niezależnie od naszego postępowania, pewną ezoteryczną właściwość: daje się ona w całości wypowiedzieć, lecz nie daje się udowodnić; w poszczególnych wypadkach można ją pokazać, nie można jej jednak zaokrąglić i uogólnić. Również i dwie osoby, które by się jednako tą myślą przejęły, nie zdołałyby chyba pogodzić się na temat jej zastosowania w poszczególnych wypadkach; ba, idąc dalej, możemy nawet twierdzić, że poszczególny, samotny i cichy obserwator i miłośnik przyrody nie zawsze zgadza się z samym sobą i co dzień to jaśniej, to znów ciemniej ustosunkowuje się do danego problemu, w zależności od sił swego umysłu, których czasem swobodniej, czasem zaś mniej doskonale używać może.

Chcąc przez pewne porównanie sprawę tę wytłumaczyć, wspomnę, że nabrałem kiedyś zainteresowania do manuskryptów z XV wieku, które istniały jedynie w skrótach. Mimo że odcyfrowywaniem ich nigdy się dotąd nie zajmowałem, zwróciłem się, podniecony, z wielką namiętnością ku tej sprawie i z wielkim zdziwieniem zdołałem odczytać te nieznajome mi pisma, które przecież powinny były pozostać dla mnie przez długi czas zagadką. Zadowolenie moje nie trwało jednak długo, skoro bowiem po pewnym czasie podjąłem znowu to zajęcie, spostrzegłem — wówczas dopiero — że błędnie sądziłem, iż przy pomocy zwykłej uwagi dokonam pracy, którą zacząłem z upodobaniem, zamiłowaniem, jasnym i swobodnym umysłem, i teraz jedynie w głębi ducha pocieszać się mogę nadzieją, iż te szczęśliwe chwile natchnienia powtórzyć by się mogły.

Jeśli taką różnicę stwierdzamy przy badaniu starych pergaminów, których treść przecie istotnie uchwytna leży przed nami, jakże musi wzrastać owa trudność, skoro zapragniemy wydrzeć jakąś tajemnicę naturze, w wiecznym będącej ruchu, która nie chce, by rozeznano życie, którego ona udziela. Chwilami ściąga ona w skróty to, co w wyraźnych stadiach swego rozwoju z łatwością byłoby zrozumiałe, to znowu nudzi nas nieznośnie długim wyliczaniem; objawia nam to, co ukrywa, lecz jednocześnie kryje to, co właśnie nam objawiła. A któż z nas może pochwalić się taką pełną miłości surowością i tak skromną śmiałością, by mu ona w każdym miejscu i o każdej porze była posłuszna?

Skoro się jednak taki, wszelkiej dostępnej każdemu metodzie przeciwstawiający problem objawi na naszym ruchliwym i bez tego już tak bardzo sobą zajętym świecie, bądź w metodycznie-skromny, bądź też w śmiały, odkrywczy sposób — spotyka się on z zimnym przyjęciem, może nawet ze sprzeciwem i bynajmniej nie ustawią tego delikatnego płodu ducha na właściwym mu miejscu. Skoro zaś jakaś nowa lub może tylko na nowo przypomniana, prosta i szlachetna myśl wywoła pewne wrażenie, nigdy jej, jakby sobie życzyć należało, nikt dalej czysto nie rozwija. Wynalazcy i zainteresowani, profesorowie i uczniowie, uczniowie pomiędzy sobą, nie licząc już przeciwników, oddalają się dzięki różnym metodom coraz bardziej i bardziej od zasadniczego problemu z tej właśnie przyczyny, że każdy z nich pragnie na swój sposób całość udostępnić i uzmysłowić, bardziej pochlebne jest zaś uchodzić za błądzącego oryginała, niż, uznając prawdę, podporządkować się wyższej metodzie.

Ten zaś, kto w ciągu swego długiego życia obserwował ów bieg świata i nauki zarówno w dziejach jak i wokół samego siebie, zna dokładnie owe przeszkody i wie, jak i dlaczego tak trudno jakąś głęboką prawdę rozpowszechnić i rozwinąć. Dlatego też można mu chyba wybaczyć, gdy nie ma chęci zagłębiać się w odmętach sprzeczności.

Krótko więc tylko powtarzam moje od wielu lat istniejące przekonanie, że łeb ssaka należy wywodzić z sześciu kręgów. Trzy z nich tworzą tylną część łba, zamykają mózg i delikatne zakończenia, nerwów, misternie ze sobą splecione, sięgające w głąb całego organizmu i jednocześnie na zewnątrz; trzy zaś tworzą część przednią, zwróconą ku światu zewnętrznemu, wszystko, co z zewnątrz pochodzi, przyjmując i ujmując.

Trzy pierwsze kości zostały już uznane: tylna kość główna, tylna kość klinowa i przednia kość klinowa, trzy ostatnie natomiast dopiero uznać należy: kość podniebieniowa, szczęka górna i kość śródszczękowa.

Jeśli który ze znakomitych uczonych, dotychczas pilnie się tym zagadnieniem zajmujących, posiada podobne zapatrywania i poświęci kilka rycin na to, by przy pomocy paru liczb i znaków udostępnić wszelkie zachodzące tu łączności i zmienne połączenia — nieuniknione już dziś zainteresowanie opinii publicznej zwróci się od razu w pewnym określonym kierunku, my zaś odważylibyśmy się wówczas może powiedzieć jeszcze nieco więcej o tym, w jaki sposób takie tajemnice natury oglądać i traktować należy, by z nich w końcu, już w sposób dla ogółu przystępny, osiągnąć praktyczne rezultaty, dzięki którym dopiero właściwa wartość i doniosłość każdego odkrycia przez wszystkich uznana i oceniona zostać może; oby też niejedna jeszcze tego rodzaju wiadomość w następnych zeszytach ukazać się mogła.