O języku literackim

Kto wędrował po Słowniku Etymologicznym Brucknera, spotykał na każdej stronicy wyrazy należące do wspólnego dziedzictwa słowiańskiego. Przyniesione ze wspólnoty szczepów przed dwudziestu wiekami, często nawet niezmienione w brzmieniu, stanowią główny zrąb języka, dając mu jedną czwartą słów z codziennego obiegu. Można z ich pomocą opisać krajobraz, pogodę, gospodarstwo, ciało ludzkie, wejść między drzewa, zioła i kwiaty, wywołać zwierzęta leśne i ptaki polne, zdobyć pożywienie, ująć narzędzia pracy, określić wszystkie stopnie pokrewieństwa, ułożyć stosunki społeczne w gromadzie i w plemieniu w czasie wojny i pokoju, oznaczyć cechy charakterów, sięgnąć do prawa i rządu, wreszcie uskrzydlić myśl paru tuzinami pojęć oderwanych i znaleźć się na odwiecznym szlaku wierzeń, gdzie trwają te same co zawsze słowa: Bóg, czart, grzech, wina, kara, raj, piekło, cud. Co ważniejsze, pozostały niezmienione zasadnicze elementy: pnie, przyrostki, przedrostki, z których tworzymy wciąż nowe wyrazy.

To jest budulec literatury, szlachetny i pospolity zarazem. Ani kamień, drzewo, metal, którymi się posługuje architektura i rzeźba, ani farby, którymi rozporządza malarstwo, ani dźwięki wydobyte z instrumentów, którymi pracuje muzyka, nie mogą się porównać z tajemniczym dostojeństwem słowa. Lecz jednocześnie jest ono narzędziem roboczym i zużywa się w najpośledniejszych posługach. Te same słowa mogą się złożyć w modlitwę, w wyuzdaną piosenkę, w oszczerstwo i kłótnię, włóczyć się po ulicach, gospodarzyć w polu, krzątać się przy kuchni. Literatura starała się pozbyć tych ciężarów tworząc język w języku.

W wielu krajach i w różnych okresach artyści słowa byli osobną kastą o własnych obyczajach i przywilejach. Używali specjalnego języka, którego się trzeba było nauczyć. W takiej atmosferze wytworzył się sanskryt, czyli „kunsztowny“ język modlitwy i poezji. Były to rzeczy tego samego porządku, albowiem poeta był jakby duchownym, jego twórczość była związana z religią. Bywała również związana z magią i poeta był czarownikiem. Wiersze miały siłę zaklęć magicznych. Niektóre rodzaje liryki greckiej zachowały przez wszystkie wieki wspomnienie swoich religijnych początków. Język Homera, czyli język epopei, jest sztucznym, bardzo dziwnym aliażem, w którym by się nie rozpoznała mowa potoczna żadnego ze szczepów greckich. Na długo przedtem, zanim filologowie stwierdzili to swoimi badaniami, subtelny Pico della Mirándola odczuł jakby liturgiczny charakter homeryckiego języka. Ten humanista miał zamiar napisać „Theologia poética“, aby wykazać, że poeci są teologami, gdyż tak samo posługują się językiem symbolicznym.

Podobne dzieło można by i dziś opracować, obejmując wszystkie okresy poezji. Okazałoby się, jak uparcie poezja trzyma się prastarej tradycji. W iluż to „kapliczkach“ i „cenaclach“ mówi się językiem tak odrębnym, ocenia się poezję w tak specjalny sposób, obraca się w kręgu tak niezwykłych pojęć, że zdaje się, jakby tu niczego nie brakło, prócz nazwy, z dawnych kast poetyckich i z dawnego systemu wtajemniczania w arkana sztuki słowa.

Najprzedniejszym tworzywem dla uświęconego języka są stare słowa i formy odrzucone w biegu życia. Wynika to z konserwatyzmu kultu, ale i z instynktownej sympatii dla dawności w rzeczach wiary. Język sumeryjski w Babilonii, łacina w naszym kościele, starocerkiewny język w prawosławnym, omszała greka u ortodoksów greckich odpowiadają zarówno tradycji religijnej jak i szczególnemu urokowi, który mają stare słowa. Do końca Rzymu czytano modlitwy z czasów królewskich, a kolegium Skoczków śpiewało odwieczną pieśń, którą my dziś lepiej od nich rozumiemy. Żaden Anglik nie pomyśli o zmodernizowaniu swego czcigodnego przekładu Biblii, werset psalmu w potocznym języku dzisiejszym brzmiałby jak przedrzeźnianie świętego tekstu.

Podobnie postępował język poetycki: w niektórych epokach brzmiał niezrozumiale i uroczyście, jak liturgia. Nigdy się ostatecznie nie rozstał z tą tradycją. „Księgi narodu i pielgrzymstwa“, „Anhelli“ albo w zwrotach, albo w układzie zdań weszły w styl biblijny, szukając w nim dostojnego tonu. Było to często naśladowane. Dziś archaizacją posługują się najczęściej pisarze jako rodzajem „kolorytu historycznego“, ale wartość emocjonalna starych wyrazów i nieużywanych form nigdy nie przestaje kusić. Słownik archaizmów, które wprowadziła w modę Młoda Polska, często fałszywych, jak owe chramy, gontyny, witezie, może nas dziś ubawić, ale niewątpliwie nasze dni dostarczą przyszłym również niejednej chwili wesołej, gdyż żaden okres nie jest bez dziwactw i nieporozumień. Obawiam się, że jest ich teraz znacznie więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *